Podsumowanie 5 miesięcy bez szamponu - pielęgnacja bezsilikonowa

Hej, kręciołki! Wpis aktualizujący moje włosowe zmagania z lekkim opóźnieniem, z powodu choroby, która dopadła mnie w ostatnim czasie. Nie miałam siły ani ochoty dbać o włosy, ale już mniej więcej wracam do kondycji. Śpieszę z nowościami ;)

Część z Was pewnie widziała mój best hair day ever, który trafił mi się akurat w Wigilię:
Końcówki były już okropnie zniszczone, dlatego w przypływie motywacji, stwierdziłam, że sama je ciachnę. Niestety przez chorobę musiałam czekać na ten moment całe dwa tygodnie. Poniżej zdjęcia włosów po cięciu i doładowaniu proteinami dwa mycia pod rząd:

Cięcie było na prawdę lekkie, bo nie chciałam schodzić z długości. Mam nawet nagrany na ten temat filmik, ale jest dość długi i nie wiem, czy jest sens go wstawiać. Blogger straszliwie psuje jakość ;(

Co się działo w ostatnim miesiącu u moich włosów? W zasadzie niewiele przez brak czasu. Myłam włosy co około 4-5 dni, ale tylko przez pierwszy dzień chodziłam w rozpuszczonych włosach. Następne dni to był wieczny koczek ślimaczek. Mycie było bardzo podstawowe - mycie skalpu odżywką, odżywka na długość na 2-3 minuty, squish to condish i zmycie zimną wodą, następnie odżywka bez spłukiwania i stylizator.
Moim odkryciem tego miesiąca jest Syoss Men w wersji pomarańczowej. Mój pierwszy kontakt z nim okazał się tragiczny w skutkach. Akurat wybierałam się na wesele; włosy umyłam jak zwykle, ale zdecydowanie przesadziłam z tym stylizatorem. Włosy po odgnieceniu były posklejane, jakby nadal mokre od nasady i postrączkowane. Istny koszmar. Przyzwyczajona do Isany Hidden Control, nałożyłam podobną ilość Syossa - to był ogromny błąd.
Drugie podejście również nie zakończyło się sukcesem - zero utrwalenia, gdy dałam na włosy większy groszek żelu. Ale nie chciałam się poddać, bo miałam nieodparte wrażenie, że polubię się z Syossem. Z mycia na mycie zwiększałam ilość żelu nakładanego na włosy, aż w końcu odkryłam swój sposób.
Syoss połączony z glutkiem lnianym to był strzał w dziesiątkę. Mniej więcej łyżeczka Syossa dodanego do sporej garści glutka dała świetny efekt, który widać na zdjęciach poniżej:
Po nałożeniu stylizatora i zrobieniu "gniotu-gniotu", włosy było kompletnie bez puchu. Wszystkie włosy trzymały się pięknie swoich pasm. Włosy suszyłam dyfuzorem z zimnym nawiewem do około 90%. Następnie pozwoliłam im doschnąć i odgniotłam dłońmi. Zauważyłam, że odgniatanie sucharków koszulką bawełnianą, puszy mi włosy.
Obecnie ładuję włosy proteinami, ponieważ bardzo szybko tracą skręt. Już 2 mycia pod rząd robię maskę proteinową z żelatyny, następne mycie również będzie proteinowe. Może w końcu moje włosy wrócą do równowagi ;)
Kolejnym moim odkryciem miesiąca jest peeling skalpu z kawą. Dodałam 2 łyżeczki kawy mielonej do Kallosa Color i masowałam skalp około 3-4 minut. Cały prysznic był zafajdany kawą, ale opłacało się! Czułam niesamowitą świeżość skalpu ( jak nigdy dotąd, nawet po szamponie), a włosy pachniały kawą mieloną.
Ostatnio nawet polubiłam się z odżywką Petal Fresh Winogrona i Oliwa z oliwek. Petale nigdy nie pasowały moim włosom, bo okrutnie się po nich strączkowały, ale teraz, gdy stosuje tę odżywkę do squish to condish, jest bardzo fajnie. Nie dość, że włosy pięknie wyglądają, to dodatkowo zapach jest cudowny ;)

Tak wyglądał mój kolejny miesiąc bez używania szamponów ;) Co się u Was zmieniło? Jakieś nowe odkrycia? ;)
XOXO

Komentarze